Co jest takiego strasznego w tabletce „dzień po”?

Ostatnio w Polsce znów rozgorzała dyskusja na temat tabletek „dzień po” i tego, że partia rządząca chce wprowadzić zapis, według którego będą one mogły być sprzedawane jedynie na receptę. Wszędzie krąży pełno nieprawdziwych informacji na temat działania i kwestii moralnych związanych z zażyciem takiej tabletki, dlatego warto kilka rzeczy wyjaśnić.

Najwięcej problemów na linii władza – obywatele, dotyczy kwestii światopoglądowych. I one właśnie są w naszym kraju najgłośniejsze. Chociaż nie dotyczą wszystkich, a jak łatwo można policzyć – mniejszości obywateli – są powodem do dyskusji i protestu. Tematem wałkowanym już od zeszłego roku jest problem dostępności tzw. tabletek „dzień po”.

Jest to tzw. antykoncepcja awaryjna, której działanie polega na zahamowaniu owulacji u kobiet i wywołaniu zmian w błonie śluzowej macicy. Wydaje się to proste, ale proste nie jest. Dla wielu, działanie tego typu pigułki, jest działaniem wczesnoporonnym i właśnie ta opinia powoduje konflikt światopoglądowy, który skutkuje chęcią ograniczenia dostępu do takich tabletek.

Ale zostawmy na chwilę opinie i skupmy się na faktach. Według naukowców, działanie tabletek „dzień po”, nie jest działaniem wczesnoporonnym. W tej chwili, nauka podaje jasno: początkiem ciąży jest moment zagnieżdżenia się zapłodnionej komórki jajowej w macicy. W przypadku odpowiednio szybkiego zażycia pigułki, do takiej sytuacji nie dochodzi, więc nie może być mowy o ciąży.

Jeżeli do zagnieżdżenia komórki jajowej dojdzie, tabletka „dzień po” jest całkowicie nieskuteczna i ciąży nie zapobiega. Właśnie dlatego mówienie o niej jako o środku wczesnoporonnym, jest dużym nadużyciem.

Ale dlaczego ja o tym piszę? Dzisiaj rano miałem okazję posłuchać krótkiej rozmowy radiowej z jednym z posłów partii rządzącej. Tym samym posłem, który rok temu nawoływał do tego, żeby nie wspomagać Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. I to co mnie poraziło (oprócz braku umiejętności złożenia poprawnego zdania w ojczystym języku), to jego całkowita ignorancja osób. Ignorancja niebezpieczna, bo działająca wbrew nauce, wbrew przyjętym ustaleniom i wbrew logice. Ignorancja, która oparta jest na opinii i niepotwierdzonym niczym przekonaniu o swojej racji.

Nie boli mnie fakt, że jakiś lekarz powie, że nie wypisze recepty na tabletkę „dzień po” ze względu na klauzulę sumienia. Nic do tego nie mam, jeżeli nie chce i nie jest zmuszony przez prawo – niech nie wypisuje. Znajdzie się stu innych, którzy chętnie to zrobią.

Nie boli mnie też fakt, że podzielone są zdania dotyczące aborcji. Bo to jest kwestia moralna i każdy powinien sam decydować, świadomy wszystkich możliwych konsekwencji, jak zachowałby się w określonej sytuacji.

Ale nie mogę zgodzić się na manipulowanie faktami i ogłupianie ludzi. Nie mogę zgodzić się na mówienie nieprawdy, szczególnie jeżeli kwestia dotyka tak wrażliwych, światopoglądowych tematów. Nie zgadzam się na to, żeby wbrew nauce i przyjętym faktom, pigułka „dzień po” była nazywana środkiem wczesnoporonnym. Tylko na podstawie tego, że ktoś tak sobie uważa.

Nie ma co zakazywać, nie ma co ograniczać. Trzeba edukować! Mówić otwarcie jak to wszystko działa i w jaki sposób różne substancje stosować. Przecież klasyczna antykoncepcja hormonalna też musi być stosowana z głową i ze znajomością wszystkich skutków ubocznych i konsekwencji zdrowotnych. Tabletka „dzień po” też takie konsekwencje posiada. Ci, którzy z niej korzystają, muszą być w jakiś sposób świadome. Bo przecież najczęściej potrzeba zażycia takiej tabletki jest następstwem przewidywania nieskuteczności innej formy antykoncepcji. Jeżeli jest następstwem głupoty i lekkomyślności – a tak też się zdarza – to zawsze jest to lepsze rozwiązanie niż późniejsza aborcja. A na pewno rozwiązanie bardziej świadome.

Najgorsze zawsze jest to, że z ludzi robi się debili. Że lepiej zakazać, zamiast edukować. Jeżeli ktoś nie chce, żeby potrzebne były tabletki „dzień po”, niech wytłumaczy działanie innej antykoncepcji, niech zwiększy świadomość ludzi. Zakazać można wszystko, ale nic to nie zmieni. Bo zawsze się znajdą sposoby, żeby przepis ominąć.

Najważniejsze jest to, żebyśmy żyli w społeczeństwie coraz bardziej świadomym i wyedukowanym. Bo mentalne średniowiecze nie służy nikomu.

Jestem ogromnie wdzięczny, że przeczytałeś mój tekst. Jeżeli chcesz wspierać moją pracę, zostaw komentarz albo lajka na Facebooku. Zachęcam Cię też do przeczytania innych moich tekstów, które znajdziesz poniżej. Do zobaczenia!

Close Menu