Dzień, w którym zacząłem pisać bloga. Dlaczego to zrobiłem?

Znam już kilka takich historii i filmów, których akcja zaczyna się w pociągu. Ta historia nie będzie oryginalna, bo w dniu, w którym dowiedziałem się czym są blogi, też jechałem pociągiem.


Rozmawiałem ze znajomą, która zapytała mnie, czy czytam blogi. Blogi? A po co to czytać? Czy to nie są czasem internetowe pamiętniki, pisane przez pseudointelektualne piętnastolatki? Jeżeli tak, to nie mam zamiaru ich czytać.

Okazało się, że nie. No dobrze, okazało się, że nie tylko. Znajoma poleciła mi jeden z blogów, które czytała, a ja zamiast wypełnionego emotikonkami i zdjęciami tekstu o tym, „co zjadłam na kolację”, przeczytałem świetną historię. Historię, która była dobrze napisana, działała na emocje i dawała do myślenia. Zupełnie tak, jak najlepsze książki, które kochałem i kocham czytać. Zdumienie, że blog może wyglądać w ten sposób…

Byłem wtedy w takim okresie swojego życia, w którym bardzo wiele ze swoich myśli i historii, które układały mi się w głowie, przelewałem na papier. Miałem zapisane kilka notesów, do których wcale nie miałem potrzeby wracać. Po prostu pisałem, wyrzucałem coś z siebie i zamykałem notes. I tak w kółko. Dla siebie. Do szuflady.

Mówią, że twórcy w internecie mają przerośnięte ego. To trochę prawda, bo trzeba mieć duże ego, żeby uznać, że od dzisiaj nie będzie się tworzyć do szuflady i zacznie się dzielić tym z innymi. Trzeba albo mieć przeświadczenie o swojej zajebistości, albo o zajebistości swoich tekstów. Można mieć jedno i drugie. Ja już nie pamiętam co miałem, ale na pewno chciałem zaciekawić innych swoim punktem widzenia, który kiedyś uznałem za wartościowy.

Niedługo po rozmowie z moją znajomą, wykupiłem swoją pierwszą domenę i postawiłem pierwszego bloga. Nie napisałem na nim nic. Zero. Przez ponad pół roku nie było na nim nawet powitalnego tekstu i tak naprawdę nie wiem dzisiaj, co sobie wtedy myślałem i po co to zrobiłem, skoro nie zacząłem pisać przez tak długi czas.

Zazdrość

Zacząłem pisać przez zazdrość. Poznałem osobę, która prowadziła bloga, miała kilkuset czytelników (co wtedy wydawało mi się świetnym wynikiem), ale przede wszystkim jej pisanie było doceniane przez najbliższe otoczenie. Pomyślałem wtedy dwie rzeczy. Po pierwsze: też tak chcę. Po drugie: mogę zrobić to dużo lepiej. Zazdrość i pycha popchnęła mnie do tego, że opublikowałem swój pierwszy tekst. A potem drugi i kolejny, i kolejny…

Zacząłem zdobywać wiedzę, czytać książki na temat blogowania i zobaczyłem czym tak naprawdę jest to moje pisanie, i czym w przyszłości może się stać. To już nie było tworzenie tekstów do szuflady. To było dużo więcej, bo zacząłem wystawiać się na ocenę innych. No, może nie tak od razu.

Oto ja!

Zacząłem pisać anonimowo i robiłem to chyba przez pierwsze trzy miesiące. Nie czytał mnie prawie nikt, ale jednak coraz trudniej było mi ukrywać przed najbliższymi, że coś tam sobie tworzę w internecie. Takie anonimowe pisanie jest całkiem wygodne, bo nikt nie może zaatakować cię personalnie. Zasłaniasz się za jakąś nazwą, albo pseudonimem i o nic nie musisz się martwić. Nikt nie zna twojego nazwiska, nikt nie wie gdzie mieszkasz, nikt nie będzie cię oceniał przez pryzmat twoich tekstów. Ale to nie było dla mnie. Może to przez wielkie ego, a może przez dumę z tego, co robię, postanowiłem przyznać się do tego co i gdzie piszę. Przed znajomymi i przed rodziną. Nie skłamię, jeżeli powiem, że w głębi serca liczyłem na jakieś wsparcie.

Wsparcie, z którym było ciężko. Na początku ludzie nawet byli ciekawi, chwalili, życzyli powodzenia, ale bardzo szybko te słowa otuchy zamieniły się w słowa krytyki. Krytyki, która wtedy trochę podcięła mi skrzydła i zwątpiłem, że to co robię ma sens. Było mi zwyczajnie, po ludzku przykro, ale wiedziałem, że sam wystawiłem się na ocenę innych, mogłem przecież dalej pisać anonimowo i się tym nie przejmować.

Dzisiaj wiem, że to nie do końca tak jest i taka krytyka na samym początku mojego działania, była bardzo krzywdząca i nie powinna mieć miejsca. To podcina skrzydła, to naprawdę uniemożliwia rozwijanie się. Jasne, nie ma co się zawsze klepać po plecach i mówić, ze wszystko jest świetnie, jednak każde zdanie krytyki można przekazać na dwa sposoby. W taki, który buduje, albo w taki, który niszczy. Myślę, że wiele świetnych osób poddało się, bo słyszało więcej słów wypowiedzianych w ten drugi sposób.

Nadzieja

Ja się nie poddałem i tworzyć nie przestałem, chociaż robiłem to rzadko. Dzisiaj wiem, że za rzadko. Pisałem dokładnie w taki sposób w jaki chciałem, ale nie przekładało się to na większą popularność, większą ilość czytelników, ani na żaden inny sygnał od świata, że robię to dobrze i idę dobrą drogą.

Teraz wiem, że taki feedback od świata jest jedną z najważniejszych rzeczy, jakie można otrzymać, bez niego ciężko się rozwijać i ciężko szukać motywacji, która przecież u niektórych może szybko zgasnąć.

Ja swoją motywację dostałem pod roku od rozpoczęcia pisania. To była motywacja, wyróżnienie i szansa. Którą zmarnowałem.

Zostałem wyróżniony jako Nadzieja Blogosfery, w Rankingu Najbardziej Wpływowych Blogerów u Tomka Tomczyka. To było dla mnie coś. Nie tylko dlatego, że bardzo cenię Tomka za jego książki, które na pewno bardzo mocno przyczyniły się do tego, że zacząłem pisać. Powód był dużo bardziej prozaiczny. Docenienie. W końcu ktoś mnie docenił. Teraz muszę to wykorzystać.

Nie wykorzystałem. Dalej pisałem mało, dalej nie angażowałem czytelników. Dalej to wszystko było robione na pół gwizdka. Kiedy parę miesięcy temu spojrzałem na wspomniany ranking i zobaczyłem gdzie teraz są osoby, które razem ze mną zostały wyróżnione w tej samej kategorii, to coś we mnie pękło. Powiedziałem „dość”. I to była najważniejsza rzecz, jaką dał mi ten ranking. Kop w dupę, nawet po tak długim czasie.

Nauka

Żeby dobrze pisać trzeba cały czas się uczyć. Cały czas trzeba podglądać lepszych i cały czas się inspirować. Kiedy działamy sami i nie patrzymy na innych, łatwo o błędy. W końcu dochodzi się do ściany, którą trudno przeskoczyć bez odpowiedniego pomysłu, który – tego jestem pewny – został przez kogoś wcześniej wykorzystany.

Ja uczę się cały czas. Rozmawiam z innymi blogerami, jeżdżę na konferencję, słucham mądrzejszych od siebie. Kiedyś myślałem, że to ja jestem najmądrzejszy i mój sposób na prowadzenie i rozwijanie bloga jest jedynym najlepszym. Gówno prawda. Mojego sposobu jeszcze wtedy nie było. Powstał dopiero dzięki inspiracji zebranej od innych.

Prawda jest taka, że nie wystarczy dzisiaj tylko dobrze pisać. To w zasadzie podstawa, na tym samym poziomie, co komputer dzięki któremu piszemy i publikujemy. Dzisiaj trzeba umieć swoje pisanie wypromować, dostarczyć do ludzi, którzy mogą być nim zainteresowani. Oni sami tego nie znajdą, albo zajmie im to zbyt dużo czasu. To ja, jako bloger, twórca, muszę umieć „sprzedawać” siebie i docierać do innych. To też jedna z rzeczy, którą zrozumiałem dopiero ostatnio, a kiedy zaczynałem pisać miałem wrażenie, że moja treść zawsze obroni się sama.

Poszukiwanie

Od samego początku mojego pisania czegoś szukam. Konkretnego pomysłu na siebie, konkretnych tematów, inspiracji i wartości, które chciałbym przekazać. Mam w sobie nadal ten rodzaj idealizmu, który każe mi tworzyć treści, po przeczytaniu których odbiorca jest choć trochę lepszy, mądrzejszy i bardziej wrażliwy, niż przed przeczytaniem.

To poszukiwanie blogowej „drogi” w pewnym momencie doprowadziło mnie do zdania wypowiedzianego przez Konrada Kruczkowskiego, który mówił o tym, że chce „robić dobrze, dobre rzeczy”. Zrozumiałem, że też chcę „robić dobrze, dobre rzeczy” i to jest mój blogowy priorytet. Niezależnie od etapu na którym będę.

Satysfakcja

Znalezienie odpowiedniej drogi to jedno. Koleją rzeczą jest znalezienie odbiorców, którzy będą w stanie to docenić i pozytywnie na to zareagować. Satysfakcja i spełnienie przychodzi dopiero wtedy.

Dla innych ona przyjdzie wraz z pieniędzmi. I to też jest okej. Blogowanie może być pracą, a na pewno jest inwestycją, na której warto zarabiać. Ale nadal to zarabianie nie będzie możliwe bez odbiorcy. Bez tego, który czyta, komentuje, wspiera i jest. Po prostu jest po drugiej stronie ekranu. Dla tego kontaktu – często bardzo bliskiego – warto pisać, warto się starać, warto się rozwijać i warto zarabiać. Dla tego kontaktu i możliwości przekazania czegoś od siebie, warto pisać bloga.

I to jest rzecz którą robię. Coraz lepiej. Czerpiąc z tego coraz więcej satysfakcji.

Jestem ogromnie wdzięczny, że przeczytałeś mój tekst. Jeżeli chcesz wspierać moją pracę, zostaw komentarz albo lajka na Facebooku. Zachęcam Cię też do przeczytania innych moich tekstów, które znajdziesz poniżej. Do zobaczenia!

Close Menu