Star Wars Rogue One, czyli jak dorastają historie

Łotr 1, albo jak kto woli Rogue One jest najnowszym filmem ze świata Gwiezdnych Wojen i pierwszym z serii Gwiezdne Wojny Historie. Dla mnie – fana – ogromnie wyczekiwana produkcja, która miała  pokazać zupełnie nowe podejście do tego uniwersum. Pokazała, że historie dorastają.

To nie jest recenzja filmu, choć mogłaby nią być. Nie chcę analizować, opisywać, rozpływać się w zachwytach – a mógłbym to zrobić, bo film dla mnie jest genialny. Takich recenzji w najbliższych dniach pojawią się setki. Niektórzy, żeby było bardziej kontrowersyjnie będą próbowali oderwać się od mainstreamu i napiszą, że film był słaby. Nie wierzcie im. Jest dobry. I na pewno warto obejrzeć go w kinie.

Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce, było trochę inaczej niż dzisiaj. Najpierw była wojna, ale nie do końca wiedzieliśmy jak do niej doszło. Potem, kiedy dowiedzieliśmy się jak do nie doszło, nie do końca mieliśmy świadomość jakie były jej wszystkie konsekwencje. Potem okazało się, że wojna nigdy się nie kończy, ale nadal były to dla nas bardziej pojedynki na miecze świetlne, niż rzucanie granatami pod czołgi. Gwiezdne Wojny miały po prostu niewiele z wojny, która zawsze pozostawała tłem dla historii dużo bardziej patetycznej. I chyba tak musiało być, ale kto by się spodziewał, że to właśnie teraz, pod wodzą „Myszki Miki”, gwiezdnowojenne uniwersum dojrzeje i pokaże historię brudną, mroczną i przepełnioną prawdziwymi obrazami wojny. Tej przyziemnej, z pod znaku pyłu i kurzu, a nie miecza świetlnego.

Najnowszy film nie jest opowieścią dla małych dzieci. To znaczy może być, ale obawiam się, że do pełnego zrozumienia o co w nim chodzi potrzeba pewnej dojrzałości i przede wszystkim poprawnego odnajdywania analogii do naszego świata. Bo tych, w Gwiezdnych Wojnach, zawsze było mnóstwo. Tym razem nie jest inaczej.

Rogue One jest odpowiedzią na pragnienia największych fanów, którzy bardzo chcieli rozszerzenia uniwersum o dodatkowe historie, o które nie zostały poszerzone filmy oryginalnej trylogii. Bo to właśnie do trzech pierwszych chronologicznie filmów, mamy tutaj nawiązania. Stylistyczne i przede wszystkim fabularne. Zrobione jest to jednak w zupełnie inny sposób, bo najnowszy film nawet nie zaczyna się jak Gwiezdne Wojny. Od razu możemy wyczuć różnicę, która z każdą kolejną sceną coraz bardziej się pogłębia.

To nie jest kolejna kolorowa opowieść. Dużo tu odcieni szarości. Imperium w końcu jest prawdziwym Imperium w latach największego rozkwitu. Silne, bezlitosne, trzymające prawie całą galaktykę w garści. Nikt nie boi się tutaj zabić, nikt nie boi się poświęcić życia dla swoich racji. Ta brudna opowieść o wojnie jest czymś, co od zawsze było w Gwiezdnych Wojnach potrzebne. Pokazaniem, że obok walki dobra ze złem, toczy się walka zwykłych ludzi i to oni najbardziej cierpią za błędy tych, którzy znajdują się u władzy. Czy to nie brzmi znajomo? To samo życie!

Historie dorastają, tak samo stało się z Gwiezdnymi Wojnami. W każdej historii pojawia się moment, kiedy oczy zaczynają kierować się ku temu, co w pierwszym momencie jest niewidoczne. Ku temu, co – chociaż nieoczywiste – jest bardzo istotnym elementem całej opowieści. Jeżeli tak jak ja, w pewien sposób wychowaliście się na filmach gwiezdnej sagi, to Rogue One jest dla was pozycją obowiązkową. Nie tylko dlatego, że to powrót do tego genialnie zbudowanego świata, ale również dlatego, że możecie łatwo dostrzec jak wiele zmieniło się przez te wiele lat w :odległej galaktyce” i w waszym rozumieniu jej problemów.

Jestem ogromnie wdzięczny, że przeczytałeś mój tekst. Jeżeli chcesz wspierać moją pracę, zostaw komentarz albo lajka na Facebooku. Zachęcam Cię też do przeczytania innych moich tekstów, które znajdziesz poniżej. Do zobaczenia!

Close Menu